Menu

Rodzina na Roztoczu

o życiu w małym miasteczku na krańcach Polski w pięknej krainie geograficznej: na Roztoczu

dobre ludzie

annarech

Miało nie być o pracy. No, ale dziś zrobię wyjątek. Jeden, niewielki. Bo inaczej nie mogę. O pracy, a właściwie o ludziach, których dane mi było spotkać, będzie choć parę słów, króciutko. O emocjach, jakie we mnie wzbudzili.

Otóż za sprawą ustawodawcy, następnie zaś szefa mego, który mnie do tegoż zadania delegował wraz z innymi paniami urzędniczkami, przekroczyłam dziś progi domów, gdzie mieszkają LUDZIE. Progi domów, gdzie nie musi być sterylnie czysto. Nie musi być pod kolor. Nie musi być pięknych tkanin i gustownych, wysmakowanych dodatków. Nocnik malucha wala się pod stołem. Kolorowe zabawki są niemal wszędzie. W salonie kolorowa huśtawka. Widać, że przybycie dzieci zburzyło koncepcję stylowego mieszkania, gdzie salon modnie łączy się z kuchnią za pomocą wyspy a fronty kuchennych szafek całe z drewna. W tymże reprezentatywnym niegdyś salonie dwa dziecięce łóżeczka. A na twarzy gospodyni, przy której nodze uwieszone dwa szkraby, szeroki uśmiech. Radosny, swobodny, niewymuszony. Taki, na jaki stać tylko dobrych, życzliwych, otwartych ludzi. Mówi z czułością: moje dzieci. Choć to tak naprawdę cudze, przygarnięte, z dnia na dzień do domu przyjęte i pokochane jak własne. Dzieci, które z pewnością musiały niejedną ciszę nocną zakłócić swoim nowym opiekunom. Spać nie dawały, niezrozumiałe dla otoczenia nawyki miały, problemy ze zdrowiem, napady agresji, niepohamowanego pisku. Ale pokochane, jak własne. Aż praktycznie stały się własne. Dostały swoje miejsce w sercach nowych opiekunów. I przestał przeszkadzać nocnik pod stołem, mniej wystawny salon, brak zerwanych w napadzie dziecięcej złości firanek. Nic nie przeszkadza, jak człowiek kocha. I rozumie, że czasu trzeba, by wyciszyć traumy, których aż nadto doznały te Małe Ludzie ze strony ludzi dużych. Że serce okazać trzeba, by lęki uspokoić. To chyba nie każdy tak potrafi. To tę iskrę Bożą mieć trzeba. I chcieć ją dostrzec.
A może właśnie nie?
Może chodzi raczej o to, żeby nie zmarnować potencjału miłości? A ten potencjał akurat – uważam – zdecydowana większość ludzi ma. Tylko nie zawsze nam się chce. Bo to wysiłek. Cudzym dzieckiem się opiekować? Nie będę w stanie pokochać – mówią.

A ja bym chciała tak pokochać. Pokochać i zapomnieć, że to nie własne. Bo każdego dnia będzie ono coraz bardziej własne. Najtrudniejszy pierwszy krok... Ale póki co, chylę w pokorze i uznaniu czoła przed tymi Ludźmi, którym się chciało. Którzy mieli odwagę. Którzy mówią „moje dzieci”, bo czują, że tego potrzebuje każde Dziecko, by być Czyimś.

W swojej nastoletniej pracy spotykałam ludzi, którzy z gruzowiska się podnosili, gruzy ogarnęli i nowe, lepsze życie pobudowali dla siebie i swoich najbliższych. To zawsze podnosi mnie na duchu. Dodaje skrzydeł. Do takich uskrzydlających doświadczeń należały także dzisiejsze spotkania. I to w takich chwilach, tli się w mojej głowie myśl, że – kurczę - lubię tę robotę...

DSC_08343

© Rodzina na Roztoczu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci